Kolejna wizyta w szpitalu na wymianie rurki i przy okazji kolejna próba porozmawiania z lekarzem prowadzącym i ... zdecydowanie ostatnia. Mam ochotę nigdy więcej się tam nie pokazywać, bo sposób traktowania pacjentów i ich rodziców jest, jak dla mnie, nie do przyjęcia.
Lekarz najpierw przez dobre 20 minut szukał kogoś, kto mógłby Neli tą rurkę wymienić (jakby nie mógł sam, to jest naprawdę 5 minut), bo lekarka, z którą sie umawiałam telefonicznie musiała wyjść ze szpitala.
Potem na moje uprzejme zapytanie "czy mógłby poświęcić nam pięć minut?" stwierdził "no dobrze, ale tylko pięć" z taką miną, że już wiedziałam, że niczego nie załatwimy. I niestety nie pomyliłam się. Poprosiliśmy go o wypełnienie wniosku o dofinansowanie leczenia Neli przez NFZ (żeby potem nie wyrzucać sobie, że czegoś nie zrobiliśmy). Odmówił nam, uzasadniając to tym, że nie widzi zasadności takiego wniosku, że przecież wyznaczył nam termin kolejnego badania na listopad i wtedy zobaczymy, co da się zrobić, że są inne ośrodki (np. w Warszawie). Nie wspomniał jedynie o metodach, a z wielu rozmów z rodzicami wynika, że ta stosowana w Warszawie (laser) jest w przypadku dużego zwężenia nieskuteczna i mocno obciążająca dla organizmu.
Przykre to bardzo, bo jakoś nie wierzę w absolutnie szlachetne pobudki, którymi się kierował (i kieruje). Jeżeli się mylę, przepraszam.
Nie miałam zamiaru psioczyć na lekarzy, bo wierzę, że jest mnóstwo świetnych lekarzy i sama też na takich trafiłam, ale czy nie zasługuję (ja jako pacjent) na szczerą, uczciwą, spokojną (a nie w biegu!, a był to czas konsultacji, więc czas przeznaczony dla pacjentów) rozmowę i na wyczerpujące odpowiedzi na wszystkie moje pytania? A takich nie otrzymałam :-(.
A następnym razem rurkę wymienię sama, mniej stresu dla wszystkich...