No i życie mnie zmusiło, a lekcja była szybka i bolesna. Nela wyciągnęła sobie dziś rurkę, nagle, siedząc przy stole przy obiedzie. Nie zorientowałam się od razu, dopiero po chwili, kiedy zaczęła dziwnie "oddychać", a właściwie "nie oddychać" dostrzegłam wystającą końcówkę. Reakcja była błyskawiczna, ale zanim udało się znaleźć nożyczki, przeciąć tasiemkę, uspokoić drżące ręce, wsunąć rurkę do zatykającego się już przez ziarninę otworu (co trwało w sumie około 60 sekund), Mała zaczęła już sinieć. W wielu sytuacjach już byłam, ale taki stres przeżyłam po raz pierwszy w życiu. Potem (już na spacerze) dotarło do mnie, ze uratowałam Neli życie. Świadomość tego faktu zmienia priorytety. I mimo, że dałam radę, nie spanikowałam, nie chciałabym tego doświadczyć powtórnie.
I to co było teoretycznie możliwe, stało się faktem. Więc teoretycznie powtórzyć się może... Muszę być na to przygotowana, mentalnie i fizycznie. Zweryfikowałam więc od razu swój zestaw spacerowy i uzupełniłam o nożyczki i tasiemkę, bo to rzeczy niezbędne w takiej sytuacji.
A poza tym muszę starać się żyć normalnie...